niedziela, 8 czerwca 2014

Wyjazdowo, czyli podróże małe i duże

Nie było mnie tu milion lat świetlnych. Jakoś brak weny do pisania i w ogóle do czegokolwiek. A ponieważ blog miał być dla mnie przyjemnością, formą pamiętnika, więc na razie nie zmuszam się specjalnie do tworzenia nowych postów.
Od początku roku mieliśmy parę podróży, małych i dużych. W lutym był czas na narty, ale na fotorelację to już raczej za późno. W marcu był urlop w Egipcie.Po raz kolejny, z resztą bardzo udany.


 A pod koniec maja zrealizowaliśmy nasz plan, który knuliśmy od dłuższego czasu. Pojechaliśmy do Londynu, do przyjaciela mojego męża, troszkę pozwiedzaliśmy. Następnego dnia promem z Dover do Dunkierki, a stamtąd prosto do Paryża. A wszystko po to, by cały następny dzień spędzić w Disneylandzie. To był taki prezent dla Franka na dzień dziecka i imieniny. To były bardzo intensywne dni, ale warto było. Co prawda Franek chyba nie do końca nadaje się jeszcze do zwiedzania, więc w Londynie zamiast zwiedzać jeździliśmy metrem i piętrowymi autobusami. Ale czasu było tak mało, że nie nastawialiśmy się na wielkie zwiedzanie. Może kiedyś uda nam się tylko we dwoje pojechać i coś zobaczyć. Tak czy owak wyjazd był fantastyczny.
Zaczęliśmy od Cambridge.W jednym ze sklepów śliczne maskotki Piotrusia Królika w charakterystycznym niebieskim płaszczyku.


 Potem dwie godziny w Londynie.


A pod koniec wyjazdu Natural History Museum.


 A dnia następnego cały dzień w Disneylandzie. Cały w dosłownym tego słowa znaczeniu, czyli od otwarcia, do zamykającego dzień pokazu laserów i sztucznych ogni, o godz. 23.00.
Nie pamiętam kiedy ostatnio bolały nas tak nogi.  Ale naprawdę warto zrobić dziecku, i sobie ;) tę przyjemność. 


Odstaliśmy 40 min. kolejkę do osobistej "audiencji" u Myszki Miki. Generalnie trafiliśmy na niezły dzień. Pogoda była pochmurna, ale raz tylko pokropiło, natomiast dzięki temu nie było bardzo dużo ludzi. Najdłuższy czas stania w kolejce to było 40 min. A czytałam, że w pełni sezonu można stać nawet i 2 godziny, by wejść na daną atrakcję.Na Main Street, czyli głównej ulicy w Disneylandzie, znajdują się sklepy, w których można kupić dosłownie wszystko, co związane jest z Disneyem, Myszką Miki i wszystkimi bohaterami. Można tam dostać lekkiego szału zakupowego. Na początku kupiliśmy bluzę Myszki Miki.Wychodząc już zahaczyliśmy o jeszcze jeden sklep. Ja trzymałam śpiącego Franka na rękach, mąż poszedł w długą. I wrócił z czapką Pluta, ręcznikiem kąpielowym z podobiznami bohaterów Myszki Miki, dwoma magnesami na lodówkę, podkładką pod talerz. Przyszedł i zaczął się tłumaczyć, że on nie chciał kupować, ale Pani ekspedientka dosyć, że była Polką, to jeszcze z Płocka, czyli naszych okolic, no i.... I tak zakończyliśmy nasz pobyt w Disneylandzie. Następnego dnia już tylko szybkie odwiedziny Wieży Eiffla i Katedry Notre-Dame.



To były naprawdę intensywne pięć dni. Ale i tak najprzyjemniej jest wracać do domu. Pogoda piękna, ogrodowa, mamy dwa małe szczeniaczki, więc zabawy jest sporo i chce się przesiadywać na dworze. Ale o tym w następnym poście.
Do miłego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz