niedziela, 10 sierpnia 2014

O psach,o zajęciach Franka, czyli co u nas

Lubię czas wakacji. Franek nie chodzi do przedszkola, jakoś nie mam serca go tam posyłać, kiedy jest upał. Z resztą każdą wolną chwilę spędza na dworze i wszystkie posiłki, oprócz śniadań też spożywa na tarasie. Od jakichś 2 miesięcy mamy nowego psa. To znaczy na początku mieliśmy dwa psy, rodzeństwo, Norę i Bruna. Ale od razu założenie było takie, że Bruno po okresie adaptacyjnym u nas , pojedzie do swojego miejsca docelowego, czyli na gospodarstwo mojej szwagierki. I tak ponad miesiąc bawiły u nas dwa psy ( z Rondlem bernardynem- trzy). Zabawy było co nie miara, dlatego też Franek zintensyfikował jeszcze bardziej czas przebywania na dworze, o ile to w ogóle możliwe.

Nie wiem czemu, kiedy ludzie pytają: "A o której synek chodzi spać?", ja odpowiadam, że przed 24.00, to średnica ich oczu jakoś tak się mocno powiększa. Tak Franek chodzi spać przed 24.00, bo jest dzieckiem, które zawsze ma  coś do zrobienia. A to w ogródku, a to pomaga Tacie przy hodowli indyków, co z resztą uwielbia,a tam praca jest zawsze, a to spędza czas z psami, goni się z nimi w zbożu, kąpie po  4 razy dziennie w basenie, jeździ na rowerze etc. Więc jak tu pójść spać wcześniej skoro tyle przygód wkoło?



To zdjęcie jest dowodem tego,że "brudne dziecko, to szczęśliwe dziecko". Tylko mama mniej szczęśliwa :)


Tak to już bywa, że jak się jest ciocią mieszkającą na wsi, to odwiedziny siostrzenicy są obowiązkowe. I tak tydzień czasu bawiła u nas Tośka kuzynka Franka i mój Tata. Dzieciaki latały z psami, skakały po belach siana, jeździły na rowerach, ale żeby zażyć też miejskich uciech pojechaliśmy do Centrum Nauki Kopernik do Warszawy.



Fajnie było, dobrze, że Franek miał towarzystwo. Teraz znowu sam lata z psami i powoli zaczyna ...szczekać.Czy czas zacząć się niepokoić?
Do miłego!

niedziela, 8 czerwca 2014

Wyjazdowo, czyli podróże małe i duże

Nie było mnie tu milion lat świetlnych. Jakoś brak weny do pisania i w ogóle do czegokolwiek. A ponieważ blog miał być dla mnie przyjemnością, formą pamiętnika, więc na razie nie zmuszam się specjalnie do tworzenia nowych postów.
Od początku roku mieliśmy parę podróży, małych i dużych. W lutym był czas na narty, ale na fotorelację to już raczej za późno. W marcu był urlop w Egipcie.Po raz kolejny, z resztą bardzo udany.


 A pod koniec maja zrealizowaliśmy nasz plan, który knuliśmy od dłuższego czasu. Pojechaliśmy do Londynu, do przyjaciela mojego męża, troszkę pozwiedzaliśmy. Następnego dnia promem z Dover do Dunkierki, a stamtąd prosto do Paryża. A wszystko po to, by cały następny dzień spędzić w Disneylandzie. To był taki prezent dla Franka na dzień dziecka i imieniny. To były bardzo intensywne dni, ale warto było. Co prawda Franek chyba nie do końca nadaje się jeszcze do zwiedzania, więc w Londynie zamiast zwiedzać jeździliśmy metrem i piętrowymi autobusami. Ale czasu było tak mało, że nie nastawialiśmy się na wielkie zwiedzanie. Może kiedyś uda nam się tylko we dwoje pojechać i coś zobaczyć. Tak czy owak wyjazd był fantastyczny.
Zaczęliśmy od Cambridge.W jednym ze sklepów śliczne maskotki Piotrusia Królika w charakterystycznym niebieskim płaszczyku.


 Potem dwie godziny w Londynie.


A pod koniec wyjazdu Natural History Museum.


 A dnia następnego cały dzień w Disneylandzie. Cały w dosłownym tego słowa znaczeniu, czyli od otwarcia, do zamykającego dzień pokazu laserów i sztucznych ogni, o godz. 23.00.
Nie pamiętam kiedy ostatnio bolały nas tak nogi.  Ale naprawdę warto zrobić dziecku, i sobie ;) tę przyjemność. 


Odstaliśmy 40 min. kolejkę do osobistej "audiencji" u Myszki Miki. Generalnie trafiliśmy na niezły dzień. Pogoda była pochmurna, ale raz tylko pokropiło, natomiast dzięki temu nie było bardzo dużo ludzi. Najdłuższy czas stania w kolejce to było 40 min. A czytałam, że w pełni sezonu można stać nawet i 2 godziny, by wejść na daną atrakcję.Na Main Street, czyli głównej ulicy w Disneylandzie, znajdują się sklepy, w których można kupić dosłownie wszystko, co związane jest z Disneyem, Myszką Miki i wszystkimi bohaterami. Można tam dostać lekkiego szału zakupowego. Na początku kupiliśmy bluzę Myszki Miki.Wychodząc już zahaczyliśmy o jeszcze jeden sklep. Ja trzymałam śpiącego Franka na rękach, mąż poszedł w długą. I wrócił z czapką Pluta, ręcznikiem kąpielowym z podobiznami bohaterów Myszki Miki, dwoma magnesami na lodówkę, podkładką pod talerz. Przyszedł i zaczął się tłumaczyć, że on nie chciał kupować, ale Pani ekspedientka dosyć, że była Polką, to jeszcze z Płocka, czyli naszych okolic, no i.... I tak zakończyliśmy nasz pobyt w Disneylandzie. Następnego dnia już tylko szybkie odwiedziny Wieży Eiffla i Katedry Notre-Dame.



To były naprawdę intensywne pięć dni. Ale i tak najprzyjemniej jest wracać do domu. Pogoda piękna, ogrodowa, mamy dwa małe szczeniaczki, więc zabawy jest sporo i chce się przesiadywać na dworze. Ale o tym w następnym poście.
Do miłego!

środa, 30 kwietnia 2014

Na chrzciny, czyli Anioł dla Jasia

Moja przyjaciółka poprosiła mnie, żebym uszyła anioła na chrzciny. A chrzciny nie byle kogo, bo Jasia, syna naszej drugiej przyjaciółki. Jasiulek jest cudny, więc Anioł musiał być nie lada, żeby choć trochę do małych Jaśkowych piętek dorósł. I tak też powstał taki oto Anioł z mega czupryną.



Dziś króciutko. Czasu niewiele, bo ogrodowe prace trwają. I choć ogrodniczka ze mnie pewnie żadna, to lubię kwiatki posadzić, a i Frankowy ogródek drugi rok zaczyna.I znowu wiosenne spacery po wsi, w tym roku i rowerowe, bo Franek opanował jazdę na dwóch kółkach. A to zdjęcie z ostatniego spaceru. W oddali majaczy nasz domek.


Do miłego!

środa, 16 kwietnia 2014

Przedświąteczne refleksje, czyli umyłam okna

Tak to już jest,że jak okna brudne to za dużo nie widać. A po zimowych zawiejach miałam strasznie brudne okna, zacieki. Więc jakież było moje zdziwienie, gdy umyłam okna, a tam zieleń władowała mi się do domu. Ogród zielony i ukwiecony. Czasem tak jest, że człowiek też ma swoje okna życiowe brudne i nie za dużo jest w stanie zobaczyć. Skupia się na tym co najbliżej widać. A dalsza perspektywa jest dla niego nieosiągalna. Wielki Post i zbliżające się Święta to dobry czas, żeby poszerzyć perspektywę i "umyć okna".


 Ja mam nadzieję, że widzę choć trochę więcej. Ale nie jest to proste. Tak po prostu cieszyć się tym i dziękować za to co się ma, a nie skupiać na tym, czego się nie ma i nie będzie miało...nigdy. A tak  bardzo się tego pragnie...Ale dość tych refleksji.


 U nas troszkę świątecznie w domu, ale nie przesadzam. Dziś wyjeżdżamy na Święta, więc za dużo nas w domu nie będzie. Korzystając z okazji chciałam życzyć wszystkim miłym, znanym (pozdrawiam Cię Mamo, Tato,Ciociu i reszto :) i nieznanym, czytelnikom spokojnych, rodzinnych Świąt Wielkanocnych. Niech się znajdzie czas na refleksję i ogromną radość, pobycie z rodziną i samym sobą. Tego Wam i sobie życzę.

Do miłego!

wtorek, 25 marca 2014

Lalki ślubne,czyli współpraca

Jakoś tak się w życiu poskładało, że trafiłyśmy na siebie z Agnieszką z bloga fairy-in-the-house.blogspot.com. Agnieszka ma sklep Decorisland.pl, ale to chyba wszyscy zainteresowani już wiedzą. Ale ma też sklep slubnybazaar.pl i w tym oto sklepie, można nabyć drogą kupna ślubne lalki, których wykonawcą jestem ja! Po tym długim wstępie i mętnym tłumaczeniu, zapraszam wszystkich do odwiedzenia sklepu.http://slubnybazaar.pl/pl/31_oferta/62_hand_made/107_prezenty_dla_pary_mlodej
 Lalki są niebanalnym pomysłem na prezent dla Państwa Młodych. A że sezon ślubny niedługo rozpocznie się na dobre, warto zawszasu się przygotować.
Pierwsza Para, to Pani Młoda w krótkiej sukience, blond włosami i stroikiem na głowie. Pan Młody w czarnym garniturze, z atłasowym wykończeniem klap i muchą oraz poszetką dopasowaną do sukni Pani Młodej.



 Para druga, to Pani Młoda w długiej sukni, w jakże modny, groszkowy deseń. Długi welon przyczepiony do koka,bukiet różyczek w dłoni oraz delikatna biżuteria. Pan Młody we fraku z aksamitną muchą oraz aksamitnymi wykończeniami paska oraz tyłu fraka. W brustaszy róża z bukietu Panny Młodej. Wiem, wiem powinna być w butonierce, ale nie czepiajmy się szczegółów ;)



Do miłego!

sobota, 22 lutego 2014

Bal przebierańców, czyli Matka się produkuje

Karnawał trwa,a bal w karnawale rzecz normalna.Tym bardziej w przedszkolu i tym bardziej bal przebierańców. U Franka w tym roku wymyślono bal przebierańców według postaci bajek Charles'a  Perraulta, to znaczy "Czerwony Kapturek", Tomcio Paluch", "Wróżki", "Ośla skórka" itd.
Łatwo nie było, ale ponieważ Franek na przedstawieniu z okazji Dnia Babci i Dziadka miał rolę wilka, to też upiekłam dwie pieczenie na jednym ogniu i na balu przebierańców też był wilkiem.
Jak byłam mała, nigdy nie zdarzyło się, żebym szła na bal, ja albo moje rodzeństwo, w gotowych strojach. Rodzice zawsze coś kombinowali i wkładali w to dużo pracy i pomysłowości, żebyśmy fajnie się bawili i tak też wyglądali. Wtedy czasy były nieco inne, nie było wypożyczalni strojów karnawałowych. Dziś każdy możliwy strój można kupić lub wypożyczyć. I nie uważam, żeby to było coś złego. Przecież nie każdy ma, po pierwsze czas, po drugie umiejętności, albo jak kto woli, smykałkę, do samodzielnych wytworów. Ja staram się robić sama, zobaczymy, jak długo uda mi się obronić przed strojem batmana lub supermena. Ale jeśli przyjdzie taki dzień, że moje dziecko z pełną stanowczością postanowi zostać superbohaterem, to ze łzą w oku, ale się zgodzę.Na razie Franek z ogromnym entuzjazmem przyjmuje to co wymyślam, słuchając oczywiście jego wskazówek.

 
Tak to było w tym roku. A pierwszy bal przebierańców Franka w przedszkolu, upłynął pod znakiem Kaczora Donalda. Zdjęcia kiepskie, ale tylko takie mnie się ostały. Och jak przypominam sobie te latające po całym domu białe piórka, które pojedynczo musiałam przyklejać do czapki i kuperka.

Były też tegoroczne jasełka i Franek jako pasterz. Dwa dnie przed jasełkami, uszyłam spodnie, kamizelkę i coś w rodzaju butów. Wszystko to powstało z lnianego bieżnika. Obawiam się,że moje tekstylia domowe będą znikać w zastraszającym tempie, bo gdy mam " nóż na gardle" zdolna jestem do różnych rzeczy. 

 Na koniec nie mogę nie wspomnieć o zeszłorocznej roli życia mojego syna, czyli Drzewo. Drzew było sporo, miały stać na scenie i ...szumieć ;) Dzieci podchodziły do swojego zadania bardzo serio i ćwiczyły w domu. Chwila powagi, bo opluję ekran ze śmiechu... Tak czy inaczej, w ruch poszła krepa, sztuczne liście, czapka, igła i nitka i drzewo jak żywe.

Do miłego!

sobota, 25 stycznia 2014

Nowy rok, czyli bilans

Cóż to za osoba robi bilans po 25 dniach od rozpoczęcia roku? Ano ja. A bilans jest następujący: od początku stycznia 4 wizyty u lekarza planowane i nieplanowane. Ja antybiotyk, Franek poszczepienne dolegliwości, gorączka i kolejna opryszczka. Jedna stłuczka samochodowa, warto zauważyć w miejscu bez samochodów i większego ruchu. Wstyd w skali od 1 do 10 wynosi jakiś 1500. Jak dla mnie już wystarczy.
Na szczęście udało mi się trochę poszyć, więc nie jest to miesiąc zmarnowany. Pokazać wszystkiego jeszcze nie mogę. Na dziś tylko zaległe literki, które przygotowałam specjalnie dla córeczki mojej kuzynki, która urodziła się w listopadzie.


Na wykończenie czeka  jeszcze jeżyk do kompletu  z literkami. Ale znając mnie Nina dostanie jeżyka na 18 urodziny :) A przed nami bal karnawałowy Franka. Strój wilka już się szyje.


A u nas chciałoby się zaśpiewać "na całej połaci śnieg" (swoją drogą uwielbiam tę piosenkę, szczególnie w tak nierealnym i pięknym duecie -Jeremi Przybora &Anna Maria Jopek).
Zasypane, zamrożone, zima dała o sobie znać w całej okazałości, ku radości nieletniego. A ty Matko zaprzęgnij się w sanki i biegnij, słuchając zza pleców: "szybciej mama, szybciej!"





Do miłego!