piątek, 19 lipca 2013

Mleczem się leczę, czyli zielarka ze mnie jak z koziej ... trąba.

Gdzieś przeczytałam, że z mleczy można zrobić miód. Raczej odporna jestem na tego typu wiedzę. Ale znowu na jakimś blogu było o miodzie z mleczy, przepraszam, z mniszka lekarskiego. A ponieważ trawa przed domem żółciła się od tego kwiecia, to postanowiłam i ja zrobić. Zebraliśmy z Frankiem kwiatki. Przesuszyłam na słońcu, żeby wszystko co żywe wyszło. I według przepisu zaczyniłam. No i wyszło.

 Dla mnie wartości zdrowotne tegoż miodu są co najmniej wątpliwe, ale być może za mało kwiecia zerwałam. Albo po prostu bez przekonania się za to wzięłam. Wyszły mi całe dwa słoiki. Moim zdaniem miód idealnie nada się do pierniczków na święta. Bo na katar niekoniecznie.


Ale to nie koniec mojej zielarskiej przygody. Na wiosnę wszystko rośnie, fakt. Rosną też pędy sosny. A syrop z pędów sosny jest podobno bardzo zdrowy. W zeszłym roku nawet kupiłam gotowy. Ponieważ roboty za dużo z takim syropem nie ma, to też zdecydowałam się wykonać. Z większym zapałem  niż miód z mleczy.


 Zerwałam pędy, umyłam, troszkę wysuszyłam. Włożyłam do słoika, zasypałam cukrem kolejne warstwy i po ok 1,5 miesiąca zlałam syrop. Nie wyszło tego dużo, zerwałam za mało pędów. Za rok będę miała już jakieś doświadczenie w zielarskiej działalności. Jakie wnioski: syrop z pędów sosny- tak, miód z mniszka lekarskiego- niekoniecznie.


A już całkiem niedługo będzie można robić syrop z czarnego bzu. W tym mam już małe doświadczenie :) Ale tylko małe, bo w zeszłym roku część butelek troszkę nie wyszła. W każdym razie można było zrobić z nich lekko zakrapianą imprezę ;)
Do miłego!

1 komentarz: